Bardzo wysokie wynagrodzenia kilku pracownic Narodowego Banku Polskiego bulwersują. Prezesa Adama Glapińskiego krytykują nawet politycy prawicy. Może to wskazywać na walki frakcyjne w PiS i na to, że krytycy widzieliby kogoś innego na stanowisku szefa banku centralnego.

Część opinii publicznej dopiero teraz dowiedziała się, że jest taka instytucja. Burza zapewne nie ucichnie, dopóki NBP nie ujawni zarobków wyższych urzędników. Informacje o publicznych pieniądzach to ważna rzecz, ale nie należy sprowadzać wyzwań, przed jakimi stoi NBP do zarobków. Po światowym kryzysie wzrosły oczekiwania wobec banków centralnych, by nadały gospodarce większą dynamikę. To oczekiwania nierealne, a nawet szkodliwe.

Prehistoria banków centralnych zaczęła się w XVII w. W Szwecji w 1668 r., a w Anglii w 1694 r. prywatne banki dostały przywilej emisji banknotów, w zamian udzielając królowi pożyczek. Ale prawdziwym pieniądzem był kruszec, więc rola banków centralnych była niewielka. Stany Zjednoczone radziły sobie bez takiej instytucji aż do 1913 r., kiedy to po panice bankowej, która wybuchła pięć lat wcześniej, Kongres uchwalił utworzenie Systemu Rezerwy Federalnej. Fed miał chronić interesy klientów banków oraz interesy państwa. Miał udzielać pożyczek bankom zagrożonym niewypłacalnością.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej