Ratusz w kalifornijskim San Jose, 5 grudnia. Głodówka trwa trzeci dzień. W namiocie z napisem „Googleville” koczuje kilkanaście osób. Wśród nich bezdomni i aktywiści, ale też zwyczajni ludzie, których przy obecnych zarobkach nie stać na mieszkanie.

Dlaczego protestują? Sprzeciwiają się sprzedaży wartej 110 mln dol. 10-akrowej działki w centrum miasta. Ma na niej powstać kompleks Google’a.

Kiedy radni dają zielone światło, obecni na sali obrad protestujący wpadają w szał. Wkracza policja. Niektórzy przypięli się do foteli kajdankami, trzeba ich odkuwać.

Dla giganta nowych technologii i radnych San Jose to głosowanie oznacza 20 tys. nowych miejsc pracy do 2035 roku i poważne wpływy do miejskiej kasy. Dla mieszkańców – przeprowadzkę albo bezdomność. Bo tam, gdzie pojawia się Google, czynsze i ceny nieruchomości szybują w stratosferę.

Cztery dni przed awanturą w Kalifornii tłum ciągnie przez Dublin. Ludzie domagają się, by konstytucja gwarantowała dach nad głową. Idą w czwartą rocznicę śmierci Jonathana Corriego, wieloletniego bezdomnego, który wyjechał z Irlandii na kilka lat do USA, ale i tam życie mu się nie udało. Błąkał się, po czym wrócił do domu. Chciał zacząć wszystko od nowa, już prostował ścieżki, ale przedawkował. Zmarł 1 grudnia 2014 roku, ledwie „kilka jardów od Leinster House” – pałacu, w którym obraduje irlandzki parlament. Po jego śmierci problem bezdomności w Irlandii trafił na czołówki gazet. Raport z 2017 roku pokazał, że w Irlandii osób dorosłych potrzebujących w kwestii dachu nad głową pomocy państwa jest ponad 5 tys., a dzieci – blisko 3 tys.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej