Jerzy Sosnowski zwrócił się do „przyjaciół ateistów”, by wrzucili na luz, nie byli zacietrzewieni, agresywni i nie przywdziewali szat kiepskich misjonarzy. Piękne i słuszne rady, aż żal nie skorzystać.

Dlaczego więc ten niewinny i dość oczywisty tekst wzbudził tak liczne ostre reakcje? Czy autor rzeczywiście uważa (bo bez wątpienia to sugeruje), że katolicy w Polsce są prześladowaną mniejszością, którą trzeba ratować przed ateistyczną nawałnicą? A może Sosnowski tylko udaje, że chodzi mu o dialog, a tak naprawdę nieuczciwie atakuje „bezbożników”? A jeśli nawet – czy ateiści powinni się tym w ogóle przejmować?

No właśnie. Co mnie – jako ateistę – to wszystko obchodzi? Otóż nie obchodziło, aż zerknąłem w idące w setki komentarze wściekłych internautów, rozognione kłótnie na Facebooku oraz, last but not least, teksty polemiczne (m.in. Jacka Dehnela, Adama Leszczyńskiego czy Wojciecha Orlińskiego).

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej