W kącie jednego z blisko tysiąca kontenerów ustawionych w obozie dla uchodźców Alwand 1 stoi przykryta poszarpaną pieluchą tetrową klatka sporych rozmiarów.

W Górach Kurdystańskich pada od tygodnia, deszcz łomocze o stalowe dachy raz ciszej, raz głośniej, nocami nadboczne uliczki toną w błocie, rozmiękła glina przykleja się do butów i ubrań. Prądu nie ma: po trzęsieniu ziemi w połowie listopada część sieci elektrycznej nadal jest zniszczona, lokalne władze ratują naruszoną tamę na rzece Darbandichan.

Pozostało 95% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej