W kącie jednego z blisko tysiąca kontenerów ustawionych w obozie dla uchodźców Alwand 1 stoi przykryta poszarpaną pieluchą tetrową klatka sporych rozmiarów.

W Górach Kurdystańskich pada od tygodnia, deszcz łomocze o stalowe dachy raz ciszej, raz głośniej, nocami nadboczne uliczki toną w błocie, rozmiękła glina przykleja się do butów i ubrań. Prądu nie ma: po trzęsieniu ziemi w połowie listopada część sieci elektrycznej nadal jest zniszczona, lokalne władze ratują naruszoną tamę na rzece Darbandichan. Jeśli pęknie, woda zaleje tysiące domostw. Obozowi powódź nie grozi i nie ma go na liście spraw najważniejszych. Radzą sobie ci, których stać na generator i paliwo.

Siedzimy w kontenerze z trzypokoleniową rodziną Jasema Mohammada Ketana, w slangu pracowników organizacji pomocowych nazywanego „ajdipisem”, jednego z półmilionowej rzeszy uchodźców wewnętrznych, którzy schronienie przed Państwem Islamskim znaleźli w obozach dla uchodźców. 15-osobowa rodzina Jasema zajmuje dwa przedzielone błotnistą alejką kontenery.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej