Amos Oz, 4 maja 1939 – 28 grudnia 2018

Był pisarzem monumentalnym. Jego „Opowieść o miłości i mroku” to książka niezwykła, wspaniała i wielka, również dosłownie, bo po prostu gruba i ciężka. Ale już „Do fanatyków” – trzy wykłady zadedykowane wnukom, które autor nazwał skromnie „refleksjami” – liczą raptem kilkadziesiąt stron, lecz myśli w nich zawarte starczyłyby za dorobek życia tuzinowi profesorów i doktorów habilitowanych.

Nie mówiąc o niezwykłym, magicznym języku. O Ozie krążyły legendy, że jego hebrajski jest zbyt piękny i bogaty, a więc pisze za dobrze. Wymyślał nowe słowa, jak np. „znosorożczyć” (wziął to z dramatu Ionesco „Nosorożec”). Wyraz zadomowił się w języku, a znaczy tylko tyle, że jeśli jakiś polityk bałwanieje ze szczętem, zaś jego bałwaństwo jest po prostu groźne, „znosorożczył się” i kwita.

To, że nie dostał Literackiej Nagrody Nobla, dowodzi fantastycznej niekompetencji Akademii Szwedzkiej. Jego książki przełożono na pół setki języków. W tym, rzecz jasna, arabski. Na okładce jednej z nich, wydanej akurat w Egipcie, edytor zamieścił zdanie: „Dowiedzmy się, jak myśli wróg”. Oz opowiadał, że to dlatego, by nie czepiała się cenzura.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej