Węgiel

Węgiel – przede wszystkim kamienny, choć przecież mamy też w Polsce brunatny – wciąż bywa nazywany „czarnym złotem”. Wydaje się wręcz, że dla naszej gospodarki węgiel kamienny stał się kamieniem węgielnym. Kojarzy nam się z czymś, co brudzi, bo jest czarny, a jednocześnie z czymś niezwykle czystym, lśniącym – jak diament czy brylant. I słusznie, bo to przecież również są formy węgla. Ta nasza ambiwalencja jest bardzo charakterystyczna – z jednej strony dar, złoto, skarb, z drugiej jednak coś, co brudzi nie tylko poprzez kontakt fizyczny. Przecież węgiel, poprzez jego spalanie, wywołuje smog.

To, że z wiadomych powodów – walki ze smogiem i szczytu klimatycznego w Katowicach, podczas którego prezydent Duda zapowiedział, że nie odejdziemy od tego surowca – węgiel stał się słowem nad wyraz politycznym, specjalnie mnie nie dziwi. Było tak w zasadzie zawsze, przed wojną górników nazywano – także w oficjalnych wystąpieniach – „solą ziemi”, a poeta Broniewski pisał między innymi, że „Zagłębie dobywa węgiel/ Zagłębie dobywa śmierć”. A i warto pamiętać o karbonariuszach, czyli zakonie węglarzy, tajnym stowarzyszeniu rewolucyjnym, które walczyło z europejskim absolutyzmem i było jedną z organizacji, która walnie przyczyniła się do zjednoczenia Włoch.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej