Wieża wyciągowa kopalni Polska strzela w górę w samym centrum Chorzowa, dziesięć minut spacerem od Stadionu Śląskiego. Ponad sto lat temu tuż obok biło serce innego symbolu industrializacji – Huty Kościuszko.

Po kopalni został szyb, z huty ocalały dawna siedziba straży pożarnej, maszynownia oraz historyczna brama. Po niedawnej rewitalizacji miejsce odżyło: kompleks hotelowo-gastronomiczny, liczne koncerty, wydarzenia kulturalne. Górniczo-hutniczy Chorzów żyje już tylko w pamięci starszych chorzowian.

Barbara Zygmańska mieszka tu od urodzenia. – Kopalnia działała ponad dwieście lat, aż pokłady węgla się wyczerpały. Kiedyś były tu wielkie piece, stalownia, aglomerownia i koksownia. Śladu po nich już nie ma – opowiada.

Barbara ma 64 lata, jest matematykiem, pracuje jako informatyk. Huta z kopalnią są częścią jej rodzinnej historii. Ojciec był tu inżynierem, mama pomagała w biurze. Ale Barbara węglowej tradycji nie wspomina z nostalgią. – Bo ten węgiel ciągle z nami jest, tylko że sprowadzany z Rosji. A w nim siarka, popiół, ludzie palą tym w piecach. Najwyższy czas jeszcze czynne kopalnie zmienić w place zabaw, centra kultury, muzea i przejść na energię słoneczną, wiatrową czy geotermię.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej