Niedziela 11 listopada. W marszu na 100-lecie odzyskania niepodległości ulicami Warszawy pod biało-czerwonymi flagami idzie ćwierć miliona ludzi, wśród nich politycy PiS z Morawieckim na czele. Kilkaset metrów za nimi narodowcy śpiewają: „Morawiecki, chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj”. Palą flagę Unii. Na tle sztandarów Obozu Narodowo-Radykalnego i neofaszystowskiej włoskiej partii Forza Nuova skandują: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”.

We Wrocławiu narodowców z banerem „Śmierć wrogom ojczyzny” prowadzi były ksiądz Jacek Międlar. Intonuje przyśpiewkę: „Dutkiewicz, zdejmij jarmułkę”. W stronę pokojowej antyfaszystowskiej pikiety lecą butelki.

Dzień później minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński mówi o marginalnych, godnych potępienia incydentach. Policja publikuje wizerunki narodowców, którzy odpalali race, wyznacza nagrodę za wskazanie sprawców spalenia unijnej flagi. Służby wyliczają: zatrzymano prewencyjnie 100 osób, które „mogły stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa i porządku konstytucyjnego”, sporządzono listę 400 zagranicznych neofaszystów, których nie wpuszczono do Polski, zablokowano neonazistowskie koncerty i konferencje.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej