„Wolność prasy i wolność słowa są kamieniem węgielnym demokracji” – pisze do premiera Mateusza Morawieckiego ambasadorka USA w Polsce Georgette Mosbacher.

Donald Trump kilkanaście miesięcy wcześniej na Twitterze: „ New York Times , NBC, ABC, CBC i CNN nie są moimi wrogami. To wrogowie amerykańskiego narodu”.

Dyplomatycznie rzecz ujmując, Mosbacher popełniła żenujący list – premiera nazwała ministrem, a co gorsza, zrobiła literówkę w jego nazwisku. Wystąpiła jednak w słusznej sprawie – stanęła w obronie dziennikarzy, których państwo chciało ścigać za to, że zrobili reportaż o neonazistach. Znamienne, że awantura wokół jej wystąpienia zbiegła się niemal w czasie ze skandalem, jaki wywołał Trump – przełożony i bliski przyjaciel Mosbacher – wyrzucając z Białego Domu dziennikarza CNN.

Obecne władze w Polsce i USA mają ze sobą sporo wspólnego. Nie tylko żywią święte przekonanie, że krytyczne media kłamią i są na usługach antynarodowych sił, ale też są w pewnym sensie wytworami niczym nieograniczonej wolności słowa. Trump wzleciał na kłamstwie o tym, że Obama nie urodził się w Stanach, PiS na kłamstwie o zamachu w Smoleńsku.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej