Pociąg kolei petersburskiej wjechał na warszawski Dworzec Aleksandryjski z dziesięciominutowym opóźnieniem, co nie było złe, bo koleje na tych ziemiach od stulecia nie trzymały się rozkładów, a wielogodzinne spóźnienia, niekończące się przestanki w polach i na prowincjonalnych stacjach nikogo już specjalnie nie dziwiły. Pasażer, który zbierał się do wyjścia bez większego pośpiechu, jakby z ociąganiem, mógłby skorzystać z drogi powietrznej, ale bilety na samolot wykupywać trzeba było co najmniej z miesięcznym wyprzedzeniem, obostrzenia związane z bezpieczeństwem, konieczność przedstawienia dokumentów poświadczonych przez Komitet Śledczy Federacji – to wszystko zniechęcało do podróży lotniczych, a Wokulski musiał przyjechać do Warszawy gwałtownie.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej