Pociąg kolei petersburskiej wjechał na warszawski Dworzec Aleksandryjski z dziesięciominutowym opóźnieniem, co nie było złe, bo koleje na tych ziemiach od stulecia nie trzymały się rozkładów, a wielogodzinne spóźnienia, niekończące się przestanki w polach i na prowincjonalnych stacjach nikogo już specjalnie nie dziwiły. Pasażer, który zbierał się do wyjścia bez większego pośpiechu, jakby z ociąganiem, mógłby skorzystać z drogi powietrznej, ale bilety na samolot wykupywać trzeba było co najmniej z miesięcznym wyprzedzeniem, obostrzenia związane z bezpieczeństwem, konieczność przedstawienia dokumentów poświadczonych przez Komitet Śledczy Federacji – to wszystko zniechęcało do podróży lotniczych, a Wokulski musiał przyjechać do Warszawy gwałtownie.

Wysiadł z wagonu pierwszej klasy i rozejrzał się po peronie, choć przecież nikt nie miał na niego czekać. Sprawy do załatwienia znajdowały się w dawnym Śródmieściu, po drugiej stronie rzeki, dokąd nikt, kto naprawdę nie musiał, się nie wybierał, bo była to przestrzeń zdegenerowana, niegościnna, depresyjna, choć przecież pełna wspomnień dawnych przyjaźni i miłosnych uniesień, duchów kamratów i znajomych, cieni porzuconych idei i strzępków wiary w jakąś lepszą przyszłość.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej