Książkę Anny Bikont i Heleny Łuczywo „Jacek” kurier przywiózł w środę. Rozpakowałem ją szybko. Z wielkiej, ale jakoś takiej miłej i sympatycznej cegły patrzył na mnie uśmiechnięty on.

To nie był ten Jacek z roku 1989, kiedy się zaprzyjaźniliśmy, bo ten był starszy. To był ten Jacek z mojego dzieciństwa, kiedy był Panem Kuroniem. Ten, który konspirował przy śmietniku, albo wymachując rękami, z kimś dyskutował. Ten, którego co chwila łapali i wsadzali do więzienia. Ten, do którego chodziliśmy z moją siostrą Małgosią i dzieciakami z podwórka po uroczego jamnika Filona, którego każdy chciał wyprowadzić na spacer. To był Jacek z czasów, gdy przez nasze podwórko przechodziła piękna jak indiańska księżniczka Pani Gaja i grała z nami, dzieciakami z Mickiewicza 27 na warszawskim Żoliborzu, w zielone. – Grasz w zielone? – pytała. – Gram - odpowiadaliśmy chórem. – Masz zielone? - Mam – wyciągaliśmy za pleców trawki i listki, za które dostawaliśmy cukierki.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej