31 grudnia 1999 r. urządziliśmy sylwestra. Koniec tysiąclecia i początek następnego ludzie chcieli uczcić w jakimś egzotycznym miejscu. Nasze przyjęcie spełniało to kryterium. Wydaliśmy je w Chobielinie – dworku w północno-zachodniej Polsce, który kupili mój mąż i jego rodzice – wówczas zapleśniałej ruinie. Powolutku odrestaurowaliśmy ten dom. W 1999 r. nie był jeszcze gotowy, ale miał już dach oraz wielki, odmalowany i nieumeblowany salon – idealny na przyjęcie.

Goście byli rozmaici: zaprzyjaźnieni dziennikarze z Londynu i Berlina, paru dyplomatów urzędujących w Warszawie, dwoje przyjaciół przyleciało z Nowego Jorku. Ale w większości byli to Polacy, nasi przyjaciele i koledzy mojego męża, wówczas wiceministra spraw zagranicznych. Była też garstka młodych polskich dziennikarzy – żaden nie był szczególnie sławny – wraz z kilkoma urzędnikami państwowymi i jednym czy dwoma członkami rządu.

Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej