31 grudnia 1999 r. urządziliśmy sylwestra. Koniec tysiąclecia i początek następnego ludzie chcieli uczcić w jakimś egzotycznym miejscu. Nasze przyjęcie spełniało to kryterium. Wydaliśmy je w Chobielinie – dworku w północno-zachodniej Polsce, który kupili mój mąż i jego rodzice – wówczas zapleśniałej ruinie. Powolutku odrestaurowaliśmy ten dom. W 1999 r. nie był jeszcze gotowy, ale miał już dach oraz wielki, odmalowany i nieumeblowany salon – idealny na przyjęcie.

Goście byli rozmaici: zaprzyjaźnieni dziennikarze z Londynu i Berlina, paru dyplomatów urzędujących w Warszawie, dwoje przyjaciół przyleciało z Nowego Jorku. Ale w większości byli to Polacy, nasi przyjaciele i koledzy mojego męża, wówczas wiceministra spraw zagranicznych. Była też garstka młodych polskich dziennikarzy – żaden nie był szczególnie sławny – wraz z kilkoma urzędnikami państwowymi i jednym czy dwoma członkami rządu.

Większość z nich można było z grubsza zaliczyć do kategorii nazywanej przez Polaków prawicą – konserwatystów, antykomunistów. W tamtym jednak czasie można też było określić większość moich gości mianem liberałów – wolnorynkowych bądź klasycznych – a może thatcherystów. Nawet ci, którzy mieli mniej zdecydowane poglądy ekonomiczne, z pewnością wierzyli w demokrację, w rządy prawa, w Polskę należącą do NATO i zmierzającą do członkostwa w Unii Europejskiej. W latach 90. ubiegłego wieku to właśnie określało „prawicę”.

Przyjęcie było trochę improwizowane. W wiejskiej Polsce lat 90. nie istniał catering, więc przyrządziłyśmy z teściową kadzie gulaszu wołowego i pieczonych buraków. Brakowało hoteli, zatem naszych stu kilku gości zamieszkało w wiejskich domach albo u przyjaciół w pobliskim mieście. Przygotowałam listę, kto ma się gdzie zatrzymać, ale i tak parę osób spało na kanapie w naszej piwnicy.

Różnice kultur ujawniły się tylko przy muzyce – mikstejpach skompilowanych przed erą Spotify. Piosenki pamiętane przez moich amerykańskich przyjaciół z lat uniwersyteckich były inne od tych, które pamiętali z tych czasów Polacy, trudno więc było wspólnie tańczyć.

W pewnej chwili poszłam na górę i dowiedziałam się, że ustąpił Borys Jelcyn. Napisałam krótki komentarz do brytyjskiej gazety, po czym wróciłam do gości na kolejny kieliszek wina. Około trzeciej nad ranem trochę zwariowana Polka wyjęła z torebki pistolecik i zaczęła strzelać w powietrze ślepakami.

Przyjęcie trwało całą noc, przeciągnęło się do wczesnego obiadu po południu. Zapamiętałam ówczesny nastrój optymizmu, wszak odbudowaliśmy dom, przyjaciele odbudowywali kraj. Szczególnie wyraźnie pamiętam przechadzkę po śniegu (dzień wcześniej, a może dzień po) – wszyscy z naszej grupy gadali jednocześnie, angielski i polski mieszały się i niosły echem po brzozowym lasku. Wówczas, tuż przed przystąpieniem Polski do Zachodu, czuło się, że wszyscy jesteśmy drużyną. Łączyły nas poglądy na demokrację i na to, jaką drogę obrać do ekonomicznej pomyślności – byliśmy zgodni, że sprawy idą w dobrym kierunku.

Przyjaciele poszli do PiS. I koniec rozmów

Dzisiaj, kilkanaście lat później, wolałabym przejść na drugą stronę ulicy, by uniknąć spotkania z niektórymi uczestnikami owego sylwestra. Oni zaś nie przekroczyliby już progu mojego domu, a nawet nie chcieliby się przyznać, że kiedykolwiek tu byli. Z grubsza połowa gości naszej imprezy nie zamieniłaby dzisiaj słowa z pozostałą połową.

To podział polityczny, nie osobisty. Polska jest teraz jednym z najbardziej spolaryzowanych społeczeństw w Europie. Stoimy nagle na przeciwnych brzegach głębokiej przepaści; dzieli ona nie tylko niegdysiejszą polską prawicę, ale także dawną prawicę węgierską, włoską oraz – przy pewnych różnicach – prawicę brytyjską i amerykańską.

Niektórzy z naszych sylwestrowych gości, podobnie jak mąż i ja, nadal są zwolennikami centroprawicy proeuropejskiej, prorynkowej, popierającej rządy prawa. Pozostają w partiach politycznych mniej lub bardziej utożsamiających się z europejskimi chrześcijańskimi demokratami, z liberalnymi partiami Niemiec i Holandii, z Partią Republikańską Johna McCaina. Niektórzy uważają się dziś za centrolewicę. Inni jednak przerzucili poparcie na rodzimą partię Prawo i Sprawiedliwość, która radykalnie odeszła od stanowiska, które zajmowała, kiedy po raz pierwszy krótko rządziła w latach 2005-07 i kiedy miała prezydenta w latach 2005-10.

PiS wyznaje dzisiaj nowe idee – nie tylko ksenofobiczne i pełne podejrzliwości wobec reszty Europy, ale też jawnie autorytarne. Po zdobyciu nieznacznej większości parlamentarnej w 2015 r. przywódcy tej partii złamali konstytucję, wyznaczając nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Później za pomocą podobnego niekonstytucyjnego scenariusza obsadzili Sąd Najwyższy. Partia przejęła państwową Telewizję Polską; wyrzuciła z pracy popularnych prezenterów; uprawia na koszt podatnika bezwstydną propagandę upstrzoną łatwymi do zdemaskowania kłamstwami. Rząd okrył się międzynarodową niesławą, gdy wprowadził prawo ograniczające publiczną debatę o Holocauście. Chociaż pod amerykańskim naciskiem ustawę w końcu zmieniono, miała ona szerokie poparcie ideologicznej bazy PiS – wśród dziennikarzy, pisarzy i intelektualistów, w tym niektórych gości mojego sylwestra, przekonanych, że antypolskie siły usiłują przypisać Polsce odpowiedzialność za Auschwitz.

Z powodu takich poglądów trudno mi z niektórymi z owych gości rozmawiać o czymkolwiek. Od czasu histerycznej rozmowy w kwietniu 2010 r., kilka dni po katastrofie pod Smoleńskiem, ani razu nie rozmawiałam z niegdyś jedną z moich najbliższych przyjaciółek, matką chrzestną jednego z moich dzieci – nazwijmy ją Martą. W następnych latach Marta zbliżyła się do brata bliźniaka prezydenta, który wówczas zginął – przywódcy PiS Jarosława Kaczyńskiego. Zaprasza go na obiady i omawia z nim, kogo powinien mianować do rządu. Usiłowałam się z nią ostatnio zobaczyć w Warszawie, ale odmówiła. – O czym mamy rozmawiać? – spytała i zamilkła.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej