„Paszkwil, nie ma nic wspólnego z życiem Kościoła”, „Zawsze można wybrać czarne owce i nakręcić film”, „Nie chodzi o dyskusję, ale o kasę: pijany i pazerny biskup zawsze będzie kręcił publikę”, „Katolik ma moralny zakaz oglądania tego filmu” – to tylko niektóre komentarze po premierze „Kleru” Smarzowskiego. Film przez środowiska bliskie Radiu Maryja został potraktowany jako atak na Kościół katolicki. I nikomu nie przeszkodziło to, że większość krytyków filmu nie widziała. Z kolei rozsądny głos otwartych katolików (spod znaku „Więzi” czy „Tygodnika Powszechnego”) utonął w zalewie krytykanctwa.

Film Smarzowskiego to fikcja, ale każdemu znającemu choć trochę realia Kościoła hierarchicznego (kariery księży, ich problemy z samotnością, uzależnienia itd.) wydaje się realistyczny. W Kościele dzieje się wiele dobrego i nie wszyscy biskupi są fanami PiS-u i o. Rydzyka, ale trudno uciec od codziennych doniesień o wpadkach, uwikłaniach i grzechach. Z tegorocznych scenarzysta „Kleru” zbudowałby drugą część filmu. Niewykluczone, że jeszcze mocniejszą, też z wyrazistymi czterema bohaterami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej