Papież ten lubi w ogóle wyrażenia bardzo mocne. Wstrząśnięty opowieściami irlandzkich ofiar pedofilii pozwolił sobie nawet na wulgaryzm. Postawy duchowe niektórych duchownych nazwał wyrażeniem włoskim caca, co znaczy właściwie po prostu „gówno”.

No cóż, zmienia się urząd papieski, także jego język. Franciszek dał w ten sposób wyraz swemu najgłębszemu moralnemu oburzeniu. Połączonemu ze zdziwieniem przeraźliwym. W takie zbrodnie nauczycieli moralności uwierzyć niełatwo. Szczególnie ludziom bardzo moralnie wrażliwym, a takimi są teraz biskupi Rzymu. Nic dziwnego, że przychodzi to im naprawdę z trudem. Bo też zresztą posądzenia bywają niesłuszne. Naprawdę są takie przypadki, stwierdzone przez sądy cywilne, choć oczywiście także zgoła inne, i gdy Franciszka przekonał do tego ktoś z samego „kleru” zresztą, wycofał się i przeprosił publicznie.

U nas pod rządami komuny zwyczajna ostrożność szła w parze z troską, by nie stanąć w szeregu z wstrętną propagandą, także antykościelną. Ale ja już wtedy słyszałem nie tylko o posądzeniu niesłusznym, ale też z całą pewnością o próbie molestowania chłopaka. Zdobyłem się wtedy na poinformowanie zakonnego zwierzchnika. Podał ten fakt w wątpliwość, a potem dowiedziałem się jednak, że zareagował zgodnie z ówczesnym obyczajem: przeniósł księdza do innego klasztoru. No i wiem, że tam miał z podopiecznymi pewne kłopoty, może jednak na zupełnie innym tle. Tak i plotki o owym zwierzchniku, że sam taki, były jednak może fałszywe. W każdym razie wiem o niejednym przypadku podobnego rodzaju.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej