Stefan Chwin – ur. w 1949 r., pisarz, eseista, historyk literatury, profesor Uniwersytetu Gdańskiego. Członek Rady Języka Polskiego przy PAN, w latach 1997-2003 był jurorem nagrody Nike. Laureat Nagrody Kościelskich (1983, razem ze współautorem Stanisławem Rośkiem) za książkę „Bez autorytetu (szkice)” i Paszportu „Polityki” (1995) za powieść „Hanemann” (1995). Ostatnio wydał esej autobiograficzny „Zwodnicze piękno” i „Srebrzysko. Powieść dla dorosłych”

Grzegorz Wysocki: Czy pan jest oderwany od rzeczywistości?

Stefan Chwin: Skąd to panu przyszło do głowy?

Bo to teraz modne pytanie, np. na prawicy i na młodej lewicy. I jeszcze drugie mam: czy pan zna „prawdziwe życie”?

– A czy to, co piszę w dzienniku, dowodzi, że jestem oderwany od rzeczywistości?

Zależy. Jeśli weźmiemy np. dyskusję na temat ostatniej wieczerzy w katedrze, poranki w Luwrze, wieczory autorskie w Niemczech i wizję Boga karzącego za nieczytanie Prousta, to raczej tak.

– Nie zgadzam się. Rzeczywistość ma różne wymiary, a to jest jeden z nich. I to stuprocentowo rzeczywisty. Owszem, sporo ludzi twierdzi, że obok pisarzy gabinetowych są tacy, co to niby mają prawdziwy kontakt z życiem.

Ci drudzy zwykle siedzą w lesie, a do zdjęć pozują z siekierą w ręku i na tle swoich owiec, a nie na tle biblioteczki jak pan.

– Pan chciałby na mnie wymusić wyznanie, że przeklęty polski inteligent nie ma żadnego kontaktu z ludem?

Tak, i to mimo że żyje z tym ludem w jednym bloku. Jak pan.

– Równie dobrze mogę powiedzieć, że ci ludzie, którzy żyją w bloku, są oderwani od rzeczywistości, bo nie wiedzą nic o takich ludziach jak ja czy pan. I co to w ogóle jest za kategoria to „oderwanie od rzeczywistości”, zwłaszcza w przypadku pisarza? A taki Bruno Schulz znał życie? Przecież siedział w jakiejś dziurze, w tym Drohobyczu, uczył dzieci robótek ręcznych i coś tam rysował. No, dla sąsiadów kompletny świr, odlot zupełny, prawda? Tylko że to nie ma żadnego znaczenia. A wie pan, co ma?

To, co napisał?

– Tylko to! Jakie może mieć znaczenie to, czy Gombrowicz dobrze sobie radził w argentyńskim banku?

Albo czy umiał wymienić żarówkę?

– Ważne jest jedynie to, co napisał. A to, co napisał, jest mięsne, autentyczne, żywe.

Faktem jest jednak, że z powodu pańskiego arystokratycznego wizerunku bałem się tutaj przyjść w krótkich spodenkach i trampkach.

– Ale się pan odważył, a ja panu otworzyłem i sobie rozmawiamy. Poza tym ja się arystokratycznie ubieram w lumpeksach, więc nie ma o co rozdzierać szat.

Chyba raczej T-shirtu. Bałem się wręcz, że mi pan będzie na klatce kazał się przebierać w koszulę i długie spodnie. Zabrałem na wszelki wypadek ze sobą.

– Pan sobie oczywiście żartuje, ale dobrze, ja panu dostarczę nieco pokarmu. Otóż rzeczywiście uważam, że pisarz musi być trochę odklejony od rzeczywistości. Żeby móc się do niej lepiej dobierać. Jak siedzisz po samo gardło w mokradle rzeczywistości, to niewiele widać. Pisarze często słabo sobie radzą w praktycznym życiu. Może taka jest cena pisania?

PRZECZYTAJ TAKŻE: Stefan Chwin. Samotność mędrka

Czyli trzeba patrzeć z góry?

– Z góry, z boku, z ukosa – obojętnie.

A to nie jest wyższościowe?

– Czasami jest. Ale polska inteligencja obok kompleksu wyższości cierpi także na gigantyczny kompleks niższości, więc to się jakoś wyrównuje. Pan przyjechał do mnie z tym szalonym pomysłem, żeby rozmawiać o tym, co nas wszystkich łączy i...

...i już widzę, że nic z tego nie będzie, skoro nawet z sąsiadem w windzie można najwyżej o pogodzie pogadać.

Ale ja mam tak, że gdy ktoś mi zaczyna mówić o wspólnocie, to od razu czuję dreszcz na plecach. Bo to oznacza, że zaczyna się trudny czas. Wspólnota to jest jeden z mocnych mitów prawicowo-lewicowych, które nam w głowie mieszają. A dzisiaj wszyscy na to chorują. I z prawa, i z lewa. Pan, widzę, też zaczął chorować na wspólnotę? I „Gazeta Wyborcza” również?

Na razie diagnozujemy chorobę i szukamy lekarstwa.

– Ale lekarstwa na co?! Nie ma i nigdy nie było żadnej wspólnoty.

A, to dziękuję bardzo za rozmowę, wyczerpaliśmy temat.

(śmiech) No ale czego pan ode mnie oczekuje, kiedy ja zupełnie nie odczuwam żadnej wspólnotowej potrzeby? Bo moja wizja społeczeństwa jest zupełnie inna od np. wizji młodych lewicowców, z którymi czasami się spotykam choćby w Krytyce Politycznej. Te ich małe wspólnoty, te ruchy miejskie... Ja to nazywam karmelkową lewicą.

Karmelkową?

– Słodkie złudzenia, naiwne marzenia. Nie ma o czym mówić. Społeczeństwa w swoim rdzeniu nigdy nie były i nie będą wspólnotami. Dlatego ja mówię o „społeczeństwie”, a bardzo rzadko używam słowa „naród”.

Bo narodu pan się boi?

– Narodu nie, ale plemion już tak. W tej chwili w Polsce i na świecie obserwujemy zmierzch epoki społeczeństw i rozkwit epoki plemion. Ludzie znacznie chętniej identyfikują się z plemionami niż ze społeczeństwami, bo identyfikacja ze społeczeństwem jest znacznie trudniejsza i nie daje takiego psychicznego napędu jak identyfikacja z plemieniem.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej