W połowie lipca Jacek Sutryk musiał przerwać urlop na Mazurach, bo we Wrocławiu czekali na niego Katarzyna Lubnauer i Grzegorz Schetyna. Jego znajomi mówią, że to spotkanie zapamięta na długo. Nie tylko dlatego, że liderzy Nowoczesnej i Platformy uzgodnili z nim, że będzie kandydatem Koalicji Obywatelskiej na prezydenta Wrocławia...

– Schetyna, w swoim stylu, przejechał po nim jak czołg – opowiada wrocławski polityk. – Instruował, kto i jakie obejmie stanowiska w urzędzie miasta po wyborach. Jacek dał się zdominować, tylko potakiwał. On nie ma żadnych doświadczeń w takich twardych politycznych rozmowach. Dostał bolesną lekcję.

Miesiąc później siedzimy w ogródku knajpki na obrzeżach wrocławskiego Rynku. Sutryk zamawia bezalkoholowego krombachera. Gdy go dostaje, do stolika zmierza chwiejnym krokiem pięćdziesięciolatek o aparycji kibola.

– Tyyyy! Ja cię znam! – czka z wyciągniętym w stronę Sutryka paluchem. Rozmowy milkną, ludzie patrzą, robi się niezręcznie. – I będę na ciebie głosował! – kończy podpity mężczyzna. Sutryk podaje mu swoje nienadpite jeszcze piwo: – Proszę, za moje zdrowie.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej