Artur Lutarewicz (1970-2018)

„Nastolatku! Masz dość słuchania swoich durnych starych? Weź sprawy w swoje ręce! Wyprowadź się, znajdź pracę, zacznij płacić za siebie. Zrób to teraz, dopóki wciąż znasz się na wszystkim najlepiej!” – tego mema Artur Lutarewicz wydrukował i powiesił na ścianie w gabinecie. Pokazał mi go z szelmowskim uśmiechem półtora roku temu, byłam u niego, by przeprowadzić wywiad.

Ktoś może mieć wątpliwości, czy taki żartobliwy ton pasuje do gabinetu psychologicznego w ośrodku socjoterapii. Przychodzą tu przecież nastolatki z traumą, porzucone, wykorzystywane, doświadczające przemocy i sprawcy przemocy z zaburzeniami psychicznymi, zagrożone uzależnieniem, samookaleczające się, mające problem z akceptacją swojej tożsamości seksualnej. On jednak miał swój styl i ten styl bardzo dzieciakom odpowiadał. Moi rozmówcy są zgodni: nie tylko Artur kochał Kąt. Przede wszystkim Kąt kochał Artura. Dzieciaki go kochały.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej