Gdy pisarz Jacek Dehnel naśmiewał się, że „samochodowy styl życia postrzegany jest jako gwarancja pozycji społecznej i poczucia własnej wartości”, a przecież „B., dobrze zarabiający bankowiec, miał dość korków, sprzedał auto i przesiadł się na zbiorkom, a J., wzięty prawnik, kupił sobie vespę i na niej śmiga do kancelarii”, zżymałem się w czterech ścianach, aż żona kazała mi wynieść się do garażu.

Wytrzymałem, kiedy Karol Domański, czytelnik z warszawskiej Woli, błagał o płatny wjazd dla samochodów „spoza centrum”.

Ale czytam kolejne felietony o mądrej miejskiej przestrzeni, o odzyskaniu miasta dla ludzi, o uwolnieniu Śródmieścia, o fantastycznej komunikacji oraz egoistach za kierownicą – i przestaje mnie to bawić, a zaczyna przerażać.

Bo tu nie chodzi o to, czy wjadę starym passatem pod sam Pałac Kultury. Tu chodzi o wizję wspólnoty i relacji elit z ludem. Bardzo egoistyczną i bardzo wykluczającą.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej