Każda rewolucja wydaje się po fakcie nieuchronna, przed faktem - niemożliwa. Eksperci potem debatują, jakie posunięcie polityczne, wydarzenie czy zmiana w ogólnym układzie sił zadecydowały o przełomie i doprowadziły do zwycięstwa - czy też, w zależności od okoliczności, do ex post factum równie nieuchronnej klęski.

W przypadku kijowskiego Majdanu w 2014 r. takim momentem zwrotnym była, jak się wydaje, decyzja prezydenta Janukowycza, by zgodzić się na kompromis zaproponowany w imieniu Unii przez szefa polskiego MSZ Radosława Sikorskiego. Przewidywał on zakończenie walk, amnestię, a w dalszej perspektywie – nowe wybory.

To nic, że było on nie do przyjęcia dla uczestników Majdanu, którzy - zaangażowani już wówczas w walkę na śmierć i życie - odrzucili zgodę udzieloną propozycji przez swych przywódców, przerażonych wizją dalszego przelewu krwi. Ważniejszy był wniosek, jaki ze zgody Janukowycza wyciągnęli dowódcy broniącego go Berkutu. Na dalszy przelew krwi byli gotowi, lecz nie na kompromis, ten bowiem musiał się odbyć ich kosztem. Postanowili więc zwinąć interes, póki jeszcze można, i zabrali się z placu boju. Dzień później w panice ewakuował się do Rosji sam Janukowycz: z „dalszej perspektywy”, po dezercji Berkutu, nie pozostało mu już nic. Majdan zwyciężył.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej