PRZECZYTAJ TAKŻE: Beniamin Lewertow: Uratował mnie Geremek

Fajki stoją na drewnianych półeczkach, po lewej stronie przeszklonych drzwi na mały taras. Kilkadziesiąt cybuchów w różnym kształcie, starszych i młodszych, przepalonych i nieledwie świeżych. Trzymają zapach, bo dobre, twarde drewno tak łatwo nie odpuszcza. Pachnie dymem, bo tu wolno palić.

W rozmowie z „Rzeczpospolitą” profesor Geremek mówił: „Fajkę trzeba najpierw pokochać, a potem się do niej przyzwyczaić. Okres przyzwyczajenia trwa dosyć długo. Znam wielu amatorów fajki, którzy nie zdołali przejść okresu próbnego.

Paliłem papierosy. I nagle, w 1956 r., podczas pierwszego pobytu w Paryżu, fajka mnie pociągnęła. Niemal zupełnie rzuciłem papierosy, czyniłem czasem wyjątek dla extra mocnych i gauloisesów. Do tego stopnia, że gdy zdarzało się, iż nie mogłem palić fajki, bo jej akurat nie miałem albo zabrakło mi tytoniu, to wtedy nawet przez długie miesiące nie paliłem nic.

Przed pierwszym zapaleniem fajki zwykle nasączałem ją koniakiem. Czekałem jakiś czas i dopiero potem zaczynam – jak to się mówi w języku fajczarskim – opalać fajkę. Jest to proces długi i nieprzyjemny. Dlatego w trakcie trzeba popijać ulubiony napój, aby zapomnieć, że trwa niemiły okres pracy nad fajką.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej