Marcin Matczak – doktor habilitowany nauk prawnych, specjalista w zakresie teorii prawa, profesor nadzwyczajny na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego

W powszechnym przekonaniu ludzie w Polsce nie chcą umierać za sądy. Traktują je jako abstrakcyjne instytucje, działające według tajemniczych reguł, posługujące się niezrozumiałym językiem. Rozumieją, co oznacza sprawnie działająca policja, szybkie pogotowie ratunkowe czy dobra szkoła, bo są to instytucje bliskie ich życiu. Nie do końca jednak wiedzą, od czego sądy mają być niezależne i dlaczego mają być wolne.

Dlatego łatwiej ich zmobilizować, gdy ktoś likwiduje szkołę lub stację pogotowia ratunkowego, niż wtedy, gdy ktoś likwiduje niezależne sądownictwo.

Spróbujmy jednak spojrzeć na sąd z perspektywy życia zwykłego człowieka. Puśćmy mu w ogródku piwnym transmisję mistrzostw świata w piłce nożnej. Nie ma chyba bardziej odległej perspektywy, z której można by rozważać rolę sądownictwa. Mimo to spróbujmy.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej