Na pozór zmiany w polskim sądownictwie przypominają reformy Orbana na Węgrzech. W 2011 r., rok po wygranych przez Fidesz wyborach, w życie zaczęła wchodzić reforma wymiaru sprawiedliwości. Pod pretekstem walki ze „złogami komunistycznymi” rząd obniżył wiek emerytalny sędziów z 70. do 62. roku życia, „czyszcząc” 10 proc. stanu sędziowskiego.

Widząc, co się święci, mało który sędzia (z tych, którzy się ostali) odważył się na głośny protest. Wyjątkiem był Andras Baka, prezes sądu najwyższego, wybrany w 2009 r. przez parlament na sześcioletnią kadencję (brzmi znajomo?).

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej