Natalia Mierzewska, wnuczka Olgi Krzyżanowskiej: – Babcia nigdy nie upiekła nam ciasta i nie wydziergała szalika. Na dobranoc śpiewała piosenki o ułanach i cyganach, co pędzili z wiatrem. Na sylwestry waliły do nich tłumy poprzebieranych w dziwaczne stroje i pióra, dom był w balonach i serpentynach, sączyła się „trójkowa” muzyka, a nam wolno było nie spać do północy. Później, kiedy na moich studiach zagubiło się gdzieś podanie o urlop dziekański i wyglądało na to, że trzeba będzie zapłacić górę pieniędzy, pojawiła się z rodowymi srebrami w reklamówce i kazała mi je sprzedać, żeby spłacić dług, i nic nie mówić mamie. Nie potrafiła przyjmować komplementów. Miała niesamowicie niski poziom narcyzmu.

„Żabusia” z Krzyżem Walecznych

Rok 1941. 12-letnia Olga Krzyżanowska jest konspiracyjną harcerką, ps. „Żabusia” – tak nazywa się jej ukochany pies. Pewnego dnia zauważa na krzakach przed domem jakieś papiery. Piętro wyżej, u sąsiadki, krzyczy jakiś Niemiec z gestapo. Widocznie to, czego nie zdążyła spalić, wyrzuciła. Zabiera papiery i biegnie do babci, a ta przekazuje je, komu trzeba.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej