Aksjomatem Realpolitik każdej władzy w Polsce i w PRL-u, od rządów solidarnościowych i postkomunistycznych aż po PO i PiS, było: z Kościołem katolickim trzeba się ułożyć. Dżentelmeni rzekomo nie dyskutują o faktach, o tym fakcie nie dyskutowało się również. Kościół był najważniejszym niezależnym aktorem politycznej gry, w PRL-u do lat 70. w zasadzie jedynym, który się liczył.

III RP zasadzała się na okrągłostołowym porządku, którego brokerem i gwarantem był Kościół. Symboliczny trójpodział władzy w Polsce po 1989 roku wyglądał następująco: Kościół, postkomuniści i dawna opozycja. Oficjalnie kolejność mogła być inna, faktyczne wpływy w społeczeństwie, niezależnie od bieżącej partyjnej koniunktury, wyglądały właśnie tak.

Środowiskowy, a nie ideowy podział tortu, który wykroił się z OKP. Antyklerykalne postulaty Zofii Kuratowskiej, Barbary Labudy czy Władysława Frasyniuka gasił natychmiast Tadeusz Mazowiecki. SLD, szczególnie wtedy, kiedy sprawowało władzę, udowadniało, że jest świętsze od papieża, celował w tym szczególnie prezydent Aleksander Kwaśniewski. Wycieczki w papamobile Jana Pawła II wyglądały wtedy na eleganckie przełamywanie podziałów, a nie składanie hołdów lennych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej