Gdy ponad 150 lat temu brytyjski parlament próbował wprowadzić pierwsze regulacje pracy dzieci i długości dnia roboczego – średnio 12-godzinnego – spotkał się z gwałtownym oporem przemysłowców. – Koszty pracy wzrosną tak, że pozostanie tylko zwinąć interes! – alarmowali. Szanowani ekonomiści, jak William Nassau senior, naukowo dowodzili, że robotnik pracuje na zysk przedsiębiorcy dopiero w ostatniej godzinie pracy – więc jeśli nawet tylko o nią skróci się dzień roboczy, cały przemysł pójdzie z torbami.

Dziś podobne protesty i kpiny towarzyszą takim propozycjom jak skrócenie tygodnia pracy do 35 godzin z zachowaniem tej samej płacy, nie mówiąc o pomysłach bardziej radykalnych, np. dochód podstawowy. A jednak idee te z akademickiej ciekawostki zmieniają się w propozycje podnoszone przez poważne siły polityczne.

Francja wprowadziła 35-godzinny tydzień pracy już w 2000 roku, Szwecja prowadzi – na poziomie lokalnym – pilotażowe programy z dniem pracy ograniczonym do sześciu godzin. Postulat dochodu podstawowego podnosił we francuskiej kampanii prezydenckiej Benoit Hamon, przedstawiciel jednej z głównych partii – socjalistów.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej