Jeszcze nigdy tak bardzo nie potrzebowaliśmy europejskiej integracji i jeszcze nigdy nie była ona tak trudna. Logika, która pchała naprzód projekt europejski – technokratyczne uzgodnienia budujące międzypaństwowe instytucje – ulega wyczerpaniu.

Unia jest najbardziej w swojej historii zróżnicowana. W jej skład wchodzą część byłego Związku Radzieckiego, dawne fragmenty imperium osmańskiego, największe potęgi kolonialne, kraje, które utraciły suwerenność, żeby następnie ją odzyskać, i te, które je tej suwerenności pozbawiały, uczestnicząc w koncercie mocarstw. Są kraje, których granice w zasadzie nie zmieniły się od 500 lat i te, które jako suwerenne byty powstały ćwierć wieku temu.

Unię tworzą narody zsekularyzowane, w awangardzie nowoczesności, i te, które zachowały religijne zwyczaje wraz z konserwatyzmem obyczajowym. Są kraje szczycące się odwieczną przyjaźnią i historyczni wrogowie. Kraje wewnętrznie zróżnicowane, federalne, z silnymi regionami i lokalnymi dialektami, i niemal zupełnie homogeniczne. Państwa pozbawione imigrantów i mniejszości i te, których kolorowe ulice rozbrzmiewają wielością języków. O zróżnicowaniu potencjałów politycznych i gospodarczych, ustrojów i kultur politycznych nie ma nawet co wspominać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej