– Jest pani feministką?

– Skąd!

– Nie interesuje więc pani dyskryminacja kobiet, to, że są ofiarami przemocy (fizycznej, seksualnej, ekonomicznej), że mniej zarabiają, więcej pracując, że mają niewielki wpływ na decyzje polityczne, że traktuje się je jak inkubatory?

Bardzo mnie to interesuje! I oburza! Ale żeby od razu być feministką? Ja mam męża, dzieci, pracę. Jestem normalną kobietą...

Słowo „feminizm” to piętno, pieczołowicie wypracowane i stosowane przez tych, którzy sprzeciwiają się naruszaniu jednego z najsilniejszych fundamentów patriarchalnego społeczeństwa, jakim jest poddaństwo kobiet (zwane również ich „tradycyjną rolą”, „naturalnym powołaniem”, „przeznaczeniem”).

Siła tego piętna jest odwrotnie proporcjonalna do siły polskiego feminizmu. Bo tak jak mamy antysemityzm bez Żydów, tak mamy antyfeminizm praktycznie bez feministek.

Feminizm w Polsce, w przeciwieństwie do samych kobiet, był zawsze bardzo słaby. „Radykalny” bywał wyłącznie w opiniach księży, konserwatywnych publicystów i tych spośród polityków prawicy, którzy chwilowo nie mieli pomysłu na siebie i musieli wymyślić jakiegoś wroga.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej