Z prof. Antonim Sułkiem ( profesorem socjologii UW. Ostatnio badał problem zagłady Żydów w okolicach Kurowa, skąd pochodzi. Wyniki publikował m.in. w „Więzi” i „Tygodniku Powszechnym”), rozmawia Maciej Stasiński

MACIEJ STASIŃSKI: Badał pan Zagładę w Kurowie i okolicach. Doprowadził pan do nagrodzenia siedmiu rodzin medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Więcej pan pisał o blaskach postawy Polaków. Chcę zapytać o cienie.

ANTONI SUŁEK: Od początku chciałem, żeby do Kurowa wróciła pamięć i prawdziwa wiedza o okupacji i Zagładzie. Uznałem, że przyjęcie pamięci negatywnej wymaga przygotowań. Dlatego skupiłem się najpierw na męczeństwie Żydów i na Sprawiedliwych, którzy im pomagali. Uważałem, że na straszną prawdę przyjdzie czas potem.

Teraz już mogę. Napisałem pierwszy tekst o „bohaterach i draniach”. Ukazał się w „Tygodniku Powszechnym”. Został wydrukowany także w kwartalniku „O Nas” w Kurowie, a to 1,5 tys. egzemplarzy na 8 tys. mieszkańców. I nic się nie stało, został dobrze przyjęty. O tych, co „czasem wydali, a czasem zabili”, mówił też w Kurowie biskup lubelski – mocno i wyraźnie.

Dlaczego wybrał pan tę drogę? Pedagogicznie?

– To była przemyślana taktyka. Metoda kropelkowa dozowania prawdy jest skuteczniejsza od szokowej, zwłaszcza w małych społecznościach. W 2000 r. pojechałem tam pierwszy raz i przekonywałem miejscowych, żeby upamiętnić kurowskich Żydów. Przed wojną było ich około 2,7 tys., stanowili ponad połowę ludności. Niby wszyscy się zgadzali, że trzeba, ale nikt nic nie zrobił. Fundacja Nissenbaumów ufundowała tablicę pamiątkową. Widziałem ją wtedy schowaną w domu kultury, nikt jej nie umieścił w miejscu publicznym.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej