Nazywam się Dorota Orłowska i myślę, że powinnyśmy zatytułować ten tekst „Dożywocie bez wyroku”.

Mama, gdy zaszła ze mną w ciążę, została na mnie skazana. Miała 32 lata. Tyle, co ja teraz. Tak jak większość matek życie podporządkowała mnie.

Moje schorzenie jest demokratyczne; dziecięce porażenie mózgowe może dotknąć każdego. Nie wiadomo, jaka jest jego przyczyna, i nie można go wykryć.

Mama skończyła studia, meliorację, ale przez 32 lata mojego życia stała się też:

  • fizjoterapeutą – bo mnie rehabilitowała,
  • opiekunką – bo wykonuje przy mnie wszystkie podstawowe czynności,
  • psychologiem – bo rozmawia ze mną, gdy sobie nie radzę,
  • siłaczką – bo od 32 lat nie miała ani jednego dnia urlopu.

***

Czasem myślę, że jesteśmy jak bliźniaczki syjamskie. Z tym, że jeśli ona by się kiedyś nie obudziła, to ja umrę. Dosłownie. Nie jestem w stanie wyciągnąć ręki na tyle, żeby złapać telefon i zadzwonić po pomoc.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej