Gdyby sprawa nie była tak śmiertelnie – dosłownie – poważna, byłaby właściwie śmieszna. Uzasadniając bowiem jednostronne zerwanie przez USA porozumienia genewskiego, zawartego z Iranem przez pięć mocarstw z Rady Bezpieczeństwa i przez Niemcy, prezydent Trump użył niemal wyłącznie nieprawdziwych argumentów. Tak jakby ani razu nie przeczytał dokumentu, który właśnie na oczach świata podarł na kawałki.

Iranowi nie można niczego nakazać

Pierwsza teza Trumpa brzmi: nie możemy zapobiec powstaniu irańskiej bomby atomowej w ramach zbutwiałej i gnijącej struktury obecnego porozumienia. Święta prawda – ale też porozumienie nie miało „zapobiec” jej powstaniu, tylko odroczyć taką groźbę o jakieś 15 lat. Jego zerwanie zaś daje Iranowi powód, by do programu atomowego wrócić.

W 2015 r., gdy porozumienie było podpisywane, eksperci oceniali, że Iran potrzebuje jeszcze roku. Wprowadzenie go w życie ograniczyło trochę możliwości Iranu, ale ich przecież nie przekreśliło. Iran wprawdzie się zarzeka, że bomby nigdy nie zbuduje, ale te zapewnienia są równie wiarygodne jak powody, na które Trump się powołuje, by porozumienie zerwać. Czyli z obawy, że Iran za 15 lat mógłby wznowić program atomowy, wolimy, by mógł go wznowić za dwa lata.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej