Ziemowit Szczerek – ur. w 1978 r., pisarz, publicysta, zdobywca Paszportu „Polityki”, nominowany do Nike za „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” , „Tatuaż z tryzubem”. Niedawno wydał „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową”, wkrótce ukaże się „Siwy dym albo pięć cywilizowanych plemion”

1 maja 2018: szaman jezusowy

Pod Sejmem, gdy rozeszły się pochody, przemawiali niepełnosprawni i ich opiekunowie. Z krainy fundamentalnie katolickiej, tej, która zamierza zmusić kobiety do rodzenia niepełnosprawnych dzieci, na spotkanie z niepełnosprawnymi nie przybył nikt. No, prawie nikt: kręcił się po okolicy dziwny, brodaty szaman. Torbę miał z kółkami. Torba była opisana strzelistymi aktami do Jezusa, a szaman wykonywał rękami ruchy jakby czarodziejskie.

Pomyślałem, że on jedyny z tej antyaborcyjnej ekipy robi cokolwiek w sprawie protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Policjanci w czarnych okularach nudzili się przy barierkach ustawionych wokół Sejmu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Protest osób niepełnosprawnych w Sejmie. Ich matki zawiedzione postawą Andrzeja Dudy. "Zmienia front"

10. każdego miesiąca: zmartwychwstanie

Szła miesięcznica, z obrzydzeniem, przez miasto. Szło sacrum z zatkanymi noskami, a policja oddzielała je od obrzydłego profanum. 10 lipca 2017 roku stałem na placu Zamkowym i patrzyłem, jak zbiera się kontrmiesięcznica, jak zbierają się normalsi, ci sami, którym jakiś czas temu nie podobali się fanatycy i wariaci spod krzyża, a z których PiS zrobił bydło, drugi sort i zwyrodnialców. Teraz ci podkrzyżowi fanatycy rządzili krajem, a normalsi chcieli zatrzymać ich lunatyczny korowód. „Lemingi”, „lewacy”, którzy nie mieli świadomości, że są „lewactwem”, bo niczego wspólnego z lewicą nie mieli, ale nie ma już lewicy, nie ma liberałów. Jest wyłącznie „lewactwo”, w którym zawiera się wszystko, co nie chce iść w szaleńczym korowodzie, który woli wyobrażać sobie rzeczywistość, niż stawić jej czoło.

Napięcie rosło, gliniarze sarkali off the record, że muszą chronić świrów, bo jeden z nich miał taki kaprys. I kto wie, do czego by doszło, gdyby w końcu Obywatele RP nie wystraszyli się tłumów i swej odpowiedzialności i nie wezwali ludzi do rozejścia się. Chmura, która już wisiała nad fanatykami – rozpierzchła się, a Kaczyński przeszedł pomiędzy szpalerami policji. Zapewne nawet nie zauważył, że chmura cudem zniknęła mu znad głowy.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej