Lutowa światowa premiera „Marii Magdaleny”, nowego filmu Gartha Davisa, nie zachwyciła krytyków, ale wywołała ważną debatę na temat roli kobiet w ruchu zapoczątkowanym przez Jezusa z Nazaretu. Polski widz musiał poczekać do kwietnia, ale biorąc pod uwagę stanowisko polskich biskupów, którzy chcieliby składać życie Polek na ołtarzu własnej ortodoksji, film pojawił się u nas w dobrym momencie.

Autorki scenariusza, Helen Edmundson i Philippa Goslett, budują fabułę, w której Maria z Magdali nie jest prostytutką, a jej jedyną „winą” okazuje się odrzucenie oferty zamążpójścia, co jej tradycyjna rodzina odbiera jako dowód opętania i obłędu.

Taki obraz Marii potwierdzałoby Pismo Święte, w którym nie znajdziemy stwierdzenia jasno określającego ją jako nierządnicę. Opisuje się ją jako kobietę, „którą opuściło siedem złych duchów” (Łk 8, 1-2), co wiązało się w tamtej epoce raczej z chorobą fizyczną lub udręką psychiczną, których przyczyn upatrywano w działaniu demonów. Liczba siedem w starożytnym Izraelu oznaczała pełnię; odnosi się tu raczej do stanu chorej i wskazuje na całkowity stopień opętania skazujący cierpiącą na ostracyzm ze strony własnej wspólnoty. Stąd gdy Maria Magdalena postanawia ruszyć za Jezusem, uwalnia ją on spod mocy zła, co należy interpretować jako przywrócenie dziewczynie równowagi psychicznej i jej powrót do zdrowia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej