Henryk Grynberg (ur. w 1936 r.) – wielokrotnie nagradzany pisarz, poeta. Kronikarz losu Żydów polskich. Autor m.in. powieści: „Żydowska wojna”, „Zwycięstwo”, „Dziedzictwo”, „Memorbuch”; tomów opowiadań: „Szkice rodzinne”, „Drohobycz, Drohobycz”, „Ojczyzna”; zbiorów esejów: „Prawda nieartystyczna”, „Monolog polsko-żydowski”; beletryzowanych wspomnień: „Życie ideologiczne, osobiste, codzienne i artystyczne”, „Kadisz”, „Uchodźcy”; trzech tomów „Pamiętnika” („Pamiętnik 3” ukazał się jesienią ub.r. w wyd. Czarne). Mieszka w McLean pod Waszyngtonem

Donata Subbotko: Kiedy był pan najbliżej śmierci?

Henryk Grynberg: Gdy uciekaliśmy przed deportacją do Treblinki.

Gdy leżeliśmy na strychu obory i widzieliśmy przez szpary, jak Komisja Sanitarna, która głównie szukała Żydów, wyprowadza ze stodoły moją ciotkę Itkę i wujka Arona, a do obory nie wchodzi, bo tam było dużo gnoju. Aron jej się wymknął i uciekł, a Itka nie.

Gdy chłop, u którego mnie zostawiono, wyprowadził mnie na drugą i trzecią wieś i namawiał, żebym tam został, bo ludzie są tam dobrzy, jeden da mi zjeść, drugi przenocuje. Ponieważ nie chciałem zostać, uciekł ode mnie, gdy szliśmy przez las – lecz go dopadłem i zabrał mnie z powrotem.

Gdy miała przyjechać Komisja Sanitarna i ten sam gospodarz kazał mi leżeć w bruździe z dala od domu i nikomu nie mówić, że mieszkam u niego, tylko tak sobie tu odpoczywam.

Gdy zgubiłem się w Warszawie na niedzielnym spacerze, a pan, który się mną zainteresował, nie okazał się szmalcownikiem i doprowadził mnie na róg ulicy, którą wymieniłem, nie nalegając, żebym mu wskazał nasz dom.

I kiedy wypłoszono nas z mamą z mieszkania na krótko przed godziną policyjną i, nie mając gdzie pójść, jeździliśmy tramwajem tam i z powrotem przez most, a mama powiedziała, że chyba pójdziemy do Wisły. Nie chciałem iść do Wisły i przypomniałem mamie, że na Grochowskiej mieszka pani Taborowa, która przyjeżdżała do naszej Radoszyny. Nie wiem, jakim cudem mama trafiła pod właściwy numer tuż przed godziną policyjną. Pani Taborowa przyjęła i przechowywała nas parę tygodni, nie żądając żadnej zapłaty.

W zeznaniu dla Żydowskiej Komisji Historycznej mama twierdzi, że utrzymywała kontakt z panią Taborową po wyzwoleniu. Pamiętam, że zawsze z wdzięcznością ją wspominała i że także po wojnie o żadnym wynagrodzeniu nie było mowy. Nie znam danych osobowych pani Taborowej, nawet jej imienia, ale może moje świadectwo oraz zeznanie mojej matki złożone w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego i przedrukowane w moim „Pamiętniku 2” pozwolą zaliczyć ją do Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Pozostało 86% tekstu
To jeden z tekstów, do których dostęp mają tylko nasi stali Czytelnicy

Twoje sprawy, nasza praca. Subskrybuj za pół ceny i czytaj Wyborcza.pl

Wyborcza.pl to dziennikarze w całej Polsce. Piszemy o tym, co ważne dla Ciebie, Twojej okolicy, Polski i świata. Zyskaj dostęp do tej codziennej porcji niezbędnych informacji.