Jesienią 1999 r., pod koniec prezydentury Jelcyna, ekonomista Michaił Dielagin alarmował, że rosyjski system energetyczny zbudowany jeszcze w ZSRR, a potem przez dekadę zaniedbany, wymaga natychmiastowej modernizacji. Na nowe elektrownie, przebudowę sieci przesyłowych – wyliczał – potrzeba „astronomicznej” sumy 200 mld dol. – wtedy nieosiągalnej.

Gazem i ropą

Baryłka ropy Brent kosztowała wtedy 12 dol. Kraj po krachu finansowym sprzed roku ledwie wiązał koniec z końcem. Kto mógł przewidzieć, że za kilka miesięcy, już za nowego prezydenta, Brent skoczy do 34 dol. Potem – do 50, 100, 140 dol. Za Putina Rosja na eksporcie tylko ropy i gazu zarobiła 3,5 bln dol. Z tego 2 bln dla budżetu.

Gdy Putin przyszedł do władzy, podskoczyły również ceny metali, drewna, ryb i innych skarbów, w które bogata jest Rosja.

Nigdy wcześniej kraj nie miał tak pełnej kasy jak w pierwszych ośmiu latach rządów Putina. A i potem, po kryzysie 2008 r., rzeka petrodolarów znów wartko popłynęła do Moskwy.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej