Wyjechaliśmy koło południa w kierunku zachodnim drogą wojewódzką nr 780, przez Liszki, Brodła, Alwernię, Babice i Libiąż, omijając po raz pierwszy od dawna autostradę. Wiało pięknie, a z niskich chmur lała się niejasna substancja, coś, co nie było już deszczem, ale też jeszcze nie śniegiem. Stężenie szarości osiągnęło poziom alarmowy – pomyślałbyś, że jeszcze chwila, a przeleje się przez wały i zatopi świat. Mimo to nie miałem pretensji. Zima, bezśnieżna i znużona, roztaczała się dookoła niczym rozlewisko z niewidocznym brzegiem. T. prowadził pewnie, ja zaś przeglądałem krajobraz, żeby dokonać apdejtu dobrze niegdyś znanych okolic. Nic nie odciągało mojej uwagi: słońce, gra cieni, migotanie światła w liściach, wysokie niebo, blizny po odrzutowcach; wszystko to zostało daleko, jak niegroźne wspomnienie lat przedszkolnych. Był tylko styczeń – przedziwna pora poza jakimikolwiek kategoriami meteorologicznymi, niemożliwa do zdefiniowania.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej