Prof. Jacek Leociak - polski literaturoznawca, historyk literatury, profesor nauk humanistycznych, pracownik Instytutu Badań Literackich PAN oraz Centrum Badań nad Zagładą Żydów

MACIEJ STASIŃSKI: W 50. rocznicę antysemickiej rozprawy marcowej władz PRL mamy awanturę z Izraelem i USA o rolę Polaków w nazistowskiej zagładzie Żydów. Antysemityzm leje się z prawicowych mediów. I właśnie ukazała się książka o pogromie w Kielcach.

JACEK LEOCIAK: Nie mogło być lepszego momentu na książkę Joanny Tokarskiej-Bakir. Nie jest to tylko historyczna rekonstrukcja pogromu. To także książka antropologa kultury, filozofa i humanisty, która odsłania korzenie polskiej tożsamości, polskości, polskiej państwowości.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Pogrom kielecki. Żadnej prowokacji nie było; była pani Zielińska, która krzyczała: "Żydówa, Żydowica! Weźcie ją!". O książce Joanny Tokarskiej-Bakir

A to, co się dziś dzieje na naszych oczach każdego dnia, układa się w głęboki wzór mentalności i działania osadzony w paradygmacie narodowo-katolickiej państwowości. W Kielcach 1946 roku autorka ukazuje korzenie tego wzoru, tkwiące głęboko pod powierzchnią zjawisk, zdarzeń i sporów.

Niezwykłość tej książki bierze się właśnie ze zderzenia z tym, co mamy dzisiaj. Ujawnia nowy wymiar tego, co się w tej chwili w Polsce dzieje, z obezwładniającą argumentacją.

To socjologiczny portret powojennych Kielc i społeczeństwa, jak w hucie Ludwików, i wszystkich władz – wojewódzkich, UB, komendy MO, wojska. Komunistycznych, czyli narzuconych, a jednak nie było tam prowokacji ani spisku. Pogromowy antysemicki nacjonalizm w natarciu.

– Tak, to znakomita i benedyktyńska praca o niezwykłej sile. Ale nie oszukujmy się, trafi do nielicznych.

Jak pan dziś czyta publicystykę prawicową w porównaniu z prasą marcową, którą opisywał pański mistrz Michał Głowiński?

– Miałem wtedy 11 lat i pamiętam, że gdy ojciec wrócił do domu, jego ubranie śmierdziało gazem. Na tyłach kościoła św. Augustyna na Nowolipkach w warszawskiej dzielnicy Muranów pokazywaliśmy sobie zdobyczną pałkę milicyjną. Nauczyciele wstawiali uczniom w dzienniczkach pieczątki o wyjściu do domu i wymagali wpisu o powrocie do domu, żeby dzieci nie szwendały się po mieście.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej