Seweryn Blumsztajn pierwszy raz został aresztowany w 1965 r. za rozprowadzanie listu otwartego do członków PZPR, w którym Jacek Kuroń i Karol Modzelewski krytykowali twardą, neostalinowską politykę rządzącej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, jej elitaryzację i oderwanie od społeczeństwa. W 1968 r. uczestnik wydarzeń marcowych, współorganizator studenckiego wiecu w Warszawie, dostał 2 lata więzienia. Amnestionowany w 1969 r. Od 1976 r. związany z Komitetem Obrony Robotników. Ponownie aresztowany i zwolniony w 1977 r., a potem podczas tzw. karnawału „Solidarności” w sierpniu 1980 r. Współtwórca Agencji Prasowej „S”. Stan wojenny zastał go we Francji, gdzie pojechał jesienią 1981 r. w ramach współpracy z francuskimi związkowcami. W Paryżu kierował biurem „Solidarności”. W 1985 r. próbował wrócić do Polski, służby deportowały go z Okęcia.

W „Wyborczej” od 1989 r., w latach 2002-06 naczelny krakowskiego wydania, następnie szef „Gazety Stołecznej”.

Prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Blumsztajn zwrócił order po przemówieniu Kaczyńskiego do działaczy opozycji, w którym prezydent oznajmił, że część ludzi antykomunistycznego podziemia po transformacji 1989 r. stworzyła z częścią nomenklatury – jak określano ludzi dawnego ustroju – establishment, który „jest dla Polski nie walorem, ale obciążeniem, dużym obciążeniem, bo zainteresowany jest życiem politycznym i społecznym wyzutym z wszelkich wartości”.

Alicja Bobrowicz: Zaczyna się od zbuntowanych dwudziestolatków.

Seweryn Blumsztajn: W 1968 r. w różnych warunkach i z różnych przyczyn niemal wszędzie na świecie zbuntowało się całe pokolenie młodych ludzi urodzonych w pierwszych latach po wojnie. Dlaczego właśnie my? Nie wiem. Jakoś się nie baliśmy. Byliśmy pokoleniem, które nie miało w kościach stalinizmu.

Co to znaczy?

– Mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo. Nie czuliśmy się zniewoleni ani prześladowani. Byliśmy dziećmi Października – czytaliśmy październikowe teksty i tęskniliśmy za wolnością, za fajniejszym socjalizmem. Nie podobała nam się cenzura, ale nikomu nie przychodziło do głowy, żeby budować kapitalizm. To widać w języku rezolucji studenckich z tamtego czasu, one są wszystkie o poprawianiu socjalizmu, nie o obalaniu go.

Żeby się zbuntować, trzeba mieć poczucie tożsamości z rzeczywistością, wobec której się buntujesz. Trzeba czuć, że warto.

Ale ty już wtedy wiedziałeś, czym grozi buntowanie się. Zamknęli cię przecież w 1965 r.

– Szukali u mnie listu Jacka i Karola [w 1965 r. Jacek Kuroń i Karol Modzelewski napisali „List otwarty do partii”], znaleźli broszurę „Kultury Paryskiej”. Przesiedziałem za to trzy tygodnie. To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Ale pytasz o strach… Młodym na ogół brakuje wyobraźni. Nie zadawaliśmy sobie najprostszych pytań. Co będzie dalej? Czy ktoś za nami pójdzie? Co z nami zrobią?

Nam się nie dziwię, ale Jacek i Karol? Byli po pierwszych wyrokach, o dziesięć lat starsi, musieli sobie stawiać takie pytania i chyba nie mieli ochoty na ten studencki bunt. Marzyli o buncie klasy robotniczej, o czymś takim jak „Solidarność”. Właściwie zostali w to przez nas wciągnięci – biliśmy ich dziećmi, broniliśmy ich, weszli w to z poczucia obowiązku.

Nawet gdyby spróbowali nas zatrzymać, i tak byśmy nie posłuchali.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Marzec 1968. Współorganizatorka protestów studenckich: Zdusili nas aresztami. A myśmy się zastanawiali, czy można zdeptać trawnik

Czego wy właściwie chcieliście?

– Trudno nam przypisać konkretny program. Chcieliśmy, mniej lub bardziej świadomie, wolności. Takiej, jak ją sobie wtedy wyobrażaliśmy. Nie wierzyliśmy, że książki „Kultury” pojawią się w sklepach, ale marzyliśmy o tym, by móc je czytać. Organizowaliśmy się na uczelni, pyskowaliśmy, bo podświadomie próbowaliśmy przekształcić ją w rodzaj oazy wolności. Czy wierzyliśmy, że taka może być Polska? Chyba nie. Ale uważaliśmy, że trzeba próbować.

Skąd się właściwie wzięliście?

– Byliśmy grupą warszawskiej młodzieży, w dużej części z elitarnych śródmiejskich liceów. Część jeszcze w liceum poznała się w tzw. klubie Michnika, czyli Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności, który działał pod egidą Związku Młodzieży Socjalistycznej. Oczytani i politykujący – zapraszali takich ludzi jak Zygmunt Bauman, Włodzimierz Brus czy Bronisław Baczko. Też tam bywałem, ale rekrutowałem się z innej grupy, z grupy wychowanków Jacka Kuronia.

Na uczelni zaczęło się od kółek samokształceniowych, w które zorganizował nas Jacek. Czytaliśmy lektury, które miały nas przygotować do zrozumienia ich listu, np. podręczniki do ekonomii politycznej Oskara Langego czy Paula Sweezy’ego. Nudziły nas straszliwie. Ale w ten sposób się integrowaliśmy, bo spotykaliśmy się również poza kółkiem. Między zajęciami biegaliśmy na kawę do Bristolu, choć większość studentów chadzała do Harendy. Bristol nie był wówczas ekskluzywną kawiarnią, kawa nie była wcale droższa. Co ciekawe, władza długo nie wiedziała o naszym istnieniu. Naszą sieć odkryli chyba dopiero w śledztwie marcowym.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej