Netflix zawiódł

Coś, co miało być przebojem na miarę „House of Cards”, wyrafinowaną, olśniewającą pomysłem i aktorstwem inspiracją wieloletnich debat o fundamentalnych zjawiskach, okazało się słabym serialem s.f. z aktorem wyciosanym w drewnie w pierwszoplanowej roli.

Zawód jest tym boleśniejszy, że oczekiwania nie bez powodu były wielkie. „Modyfikowany węgiel” inspirowany powieścią Richarda Morgana rozgrywa się w dalekiej przyszłości, a obraca wokół nowego wcielenia Świętego Graala naszej cywilizacji, czyli przedmiotu dającego ludzkości życie wieczne.

Stos korowy, bo o nim mowa, to tajemnicza błyskotka wszczepiana między kręgi szyjne, na której zapisywane są wspomnienia i świadomość człowieka. Gdy fantastyka naukowa sięgała po podobne motywy w połowie minionego stulecia, były nowatorskie i szokujące. Dziś sprowadzenie odpowiedzi na pytania o istotę Ja, z którymi od starożytności zmagają się filozofowie, do dziwacznego pendrive’a, brzmi dość naiwnie. Gdy w „Modyfikowanym węglu” ciało – nazwane obrazowo powłoką – umiera, zawsze znajdzie się jakiś nowy kręgosłup, do którego można wpiąć dysk przenośny.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej