Tak wołali swoi, polscy sąsiedzi. Tokarska kosztem kilku lat życia spędzonych w archiwach udowadnia, że w Kielcach nie było prowokacji – ani sowieckiej, ani rodzimej, ubeckiej. I tylko nieliczni sprawiedliwi krzyczeli: „Bójcie się Boga, ludzie!”

„Bóg Polaków zamknięty w obozie, w baraku/ drży, gdy dzielni chłopcy z orzełkami na czapkach/ dobijają dziewczynki żydowskie, rurkami na odlew” – książkę Joanny Tokarskiej-Bakir otwiera wiersz Juliana Kornhausera z jego tomu „Kamyk i cień”.

Były już przecież o tym książki – Krystyny Kersten, Bożeny Szaynok, Jana Tomasza Grossa. Był dokument Marcela Łozińskiego „Świadkowie”, były IPN-owskie śledztwo i publikacje. Co jeszcze można napisać o pogromie kieleckim?

Wszystko. Wystarczy tylko poświęcić kilka lat życia na siedzenie w archiwach i czytanie kolejnych świadectw o zabijaniu niewinnych ludzi, mieć przenikliwy umysł, szeroką gamę narzędzi badawczych, etnograficznych, historycznych, kryminalnych oraz być empatyczną, upartą, odważną badaczką obdarzoną literackim talentem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej