Nie ma żadnego powodu, aby dobro nie mogło triumfować równie często jak zło. Triumfowanie jest tylko kwestią organizacji
Kurt Vonnegut JR, „Syreny z Tytana”

Raz po raz ktoś zadaje pytanie: dlaczego akurat skoki tak rozpalają w Polsce wyobraźnię? Popularność tej dyscypliny jest fenomenem, bo choć różne mieliśmy w Polsce fazy sportowych uniesień, załamań i obłędu, to wszystkie je na głowę bije to, co się wyprawiało, gdy Adam Małysz wygrał Kryształową Kulę Pucharu Świata w sezonie 2000/01. Do dziś pamiętam, jak z kolegami z podwórka skakałem ze skoczni usypanej ze śniegu na schodach, osiągając wyniki mierzone metrem krawieckim. W całym kraju dzieciaki spędzały ferie na ryzykowaniu poważnych złamań w imię sprawdzenia, czym jest „dobre wyjście z progu”.

Gdyby to szaleństwo ogarnęło tylko nastolatki z przedmieścia, byłoby pół biedy. Skoki jednak zainfekowały rozumy w całej Polsce. A przecież są sportem zupełnie niszowym.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej