Miastko jest ani wielkie, ani malutkie. Zrewitalizowany plac miejski, trochę przedwojennych budyneczków, garść bloków, peerelowska zabudowa jednorodzinna plus rozpełzające się przedmieścia z willami z architektonicznych gotowców. Ludzie pracują w usługach, drobnej produkcji, rolnictwie. Proletariat z ambicjami, klasa niższa średnia i lokalna elita – garstka przedsiębiorców, urzędników, nauczycieli. Przysłowiowy lekarz, aptekarz, notariusz. I Biedronka, rzecz jasna.

Miastka nie warto szukać na mapie. Znajdziemy jedno, na Pomorzu. Rozmiarami nawet pasuje – ale nie o nie chodzi. Miastko istnieje gdzieś na Mazowszu, ale ukrywa imię, bo może być wszędzie.

To symbol i ucieleśnienie Polski B, tej spoza Warszawy, Gdańska, Białegostoku czy jeszcze mniejszej Łomży.

Ta Polska popiera PiS całym sercem. Bo „dobra zmiana” dała jej to, czego akurat potrzebowała. Ale uwaga. Nie było to, jak nam się zdaje, 500 plus, godność czy poczucie wartości – twierdzą socjolodzy w najgorętszym raporcie ostatnich miesięcy „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Dawno nie było badania, które rozpalałoby takie emocje.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej