Stanisław Koziej – ur. w 1943 r., generał brygady w stanie spoczynku, profesor nauk wojskowych. W latach 2005-06 wiceminister obrony narodowej, w latach 2010-15 szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego

„Przesunięcie na wschód czołgów Leopard wiąże się ze zmianą strategii obronnej i przyjęciem założenia, że wojsko ma bronić terytorium, a nie odzyskiwać stracone. (...) My się nie mamy przygotowywać do odbijania straconego terenu, my mamy być przygotowani do tego, żeby granic Polski strzec, żeby wróg nie wtargnął na teren Polski...” – stwierdził minister obrony narodowej, tłumacząc przeniesienie batalionu leopardów z lubuskiej dywizji pancernej w Żaganiu do podwarszawskiej Wesołej.

Te słowa mocno mnie zaniepokoiły. Z takimi naiwnościami operacyjnymi i strategicznymi co do sposobu obrony kraju narażonego na bezpośrednią agresję wielokrotnie silniejszego przeciwnika dawno się nie zetknąłem.

Mówimy o państwie granicznym NATO i Unii Europejskiej, które w razie wojny między Rosją i Zachodem byłoby zagrożone właśnie taką inwazją. Organizowanie w takich warunkach obrony wedle zasady: bronimy granicy, nie wpuścimy wroga, to recepta na klęskę. Trochę podobną do klęski wrześniowej z 1939 roku.

Wszystkich zainteresowanych sprawami obrony Rzeczypospolitej zachęcam do spojrzenia na ten problem najpierw od strony teorii sztuki wojennej.

Agresor wybiera moment ataku. Co może słabszy obrońca?

Załóżmy, że mamy dwie strony potencjalnego konfliktu – ewentualnego agresora A i obrońcę B. Agresor ma dwie opcje pokonania obrońcy: agresję aterytorialną (bez zamiaru okupacji terytorium, czyli operację wedle modelu tzw. wojny bezkontaktowej) i klasyczną agresję terytorialną (ograniczoną lub na pełną skalę).

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej