Po dwóch latach rządów PiS widać, że ci – w tym ja – którzy atak na Trybunał Konstytucyjny nazywali początkiem końca państwa prawa, zapowiedzią władzy totalnej, zamachem na trójpodział władzy i niezależność sądów; którzy porównywali działania ludzi Kaczyńskiego do działań PZPR – otóż ci wszyscy mieli rację. To nie były ponure proroctwa, tylko diagnoza zaplanowanego procesu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Lepsza sędziokracja niż pisokracja

Słychać zarzuty, że używaliśmy „za wielkich słów”, więc teraz już „zabrakło słów”. Że „przedwcześnie” użyte „za wielkie słowa” uśpiły społeczną czujność i wrażliwość na łamanie prawa. Przytacza się przy tym przypowieść o pastuszku, który alarmował – z nudów – że oto wilki atakują owce, a gdy naprawdę zaatakowały, nikt mu nie uwierzył.

Bzdura. Wilki zaatakowały demokratyczne państwo prawa 12 listopada 2015 roku, gdy do Sejmu wpłynął projekt przepisów „unieważniających” wybór sędziów do TK. Dziś tylko rozszarpują resztki konstytucyjnego ustroju. Nie bardzo wiem, dlaczego mieliśmy nie używać „wielkich słów”, kiedy odgryzały głowę? Bo zabraknie słów na inne części ciała? I to w imię jakiejś upiornej socjotechniki, której skutek był przewidywalny, czyli żaden?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej