Ziemowit Szczerek, pisarz, reporter, ostatnio wydał "Międzymorze" (Czarne, Agora)

Żeby zdążyć na elektriczkę do Berdyczowa, trzeba było wstać jeszcze przed świtem. W Kijowie padał śnieg. Przy dworcu śniadoskóry koleś doglądał kebabiarzy, też śniadoskórych. Rządził się jak basza, konfiskował im papierosy i pokazywał palcem jak lord, żeby przekręcali rożny.

Wyobrażałem sobie, że to syn jakiegoś naczelnego mafioza, bo miał może półtora metra i na szefa tych wszystkich chłopaczków był za młody. Choć co ja tam wiem.

Czekałem na elektriczkę do miasta, w którym urodził się Conrad, i starałem się myśleć o zacumowanych w tropikalnych zatokach statkach białego człowieka, o palmach, równikowych nocach pełnych tajemniczych dźwięków, o wodach lagun, syczących i parujących po tropikalnych deszczach, „jakby się gotowały”. O wodzach afrykańskich plemion, o azjatyckich mędrcach i wysłanych na „placówki postępu” białych. O kolonialnej „przygodzie” obarczonej „brzemieniem”.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej