Dom jest raczej lichy, ma kształt litery L. Bardziej duży barak, choć piętrowy, z niewielkim dziedzińcem, a tuż przy schodach jest wyasfaltowane boisko. Dookoła kilka rachitycznych drzew, bo tu albo sucho i palące słońce, albo zimno, nie ma innej pory roku. Okna gabinetu dyrektor Suhad Bani Mustafy wychodzą na taras.

Próbuję uciec od tego, o czym opowiada dyrektor – była pułkownik jordańskiej armii, szczupła muzułmanka z odkrytymi włosami, matka i babcia – zerkając na dachy zamienione w suszarnie starych portek i koszul, upstrzone patelniami anten, stolikami, starymi wersalkami; w upalne dni na tych dachach je się kolację i śpi, bo klimatyzacja jest ekstrawagancją. Na wyciągnięcie ręki wyrasta buroszara, pofałdowana pustynia, skaliste górki i góreczki, skryte za kotarą gęstego pyłu, gdy przejeżdża samochód.

Spacerujemy po domu. W piwnicy pokoje bez mebli; na podłodze łuski z ziaren pszenicy i proste wagi z ciężarkami. Torebki szałwii, zielonej i czerwonej soczewicy z własnych upraw, które wnet trafią do sklepów. Kilka zakutanych w chusty kobiet szybkimi ruchami palców przebiera ziarno. Słychać tylko szelest pszenicy. Pachnie kurzem.

Na piętrze klasy, a w nich dzieciaki pobierają korepetycje. Arabski, matematyka, powtarzane chórem angielskie słówka. Obok szwalnie; na białych bawełnianych płachtach kobiety haftują czerwone wzory tradycyjnych jordańskich kufii, szyją kołdry, wypychają poduchy.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej