Joseph Conrad to pisarz ważny dla kilku pokoleń. Wciąż spierano się o interpretację jego przesłania, a wśród uczestników sporu byli najwybitniejsi: Jan Kott i Jan Józef Szczepański, Maria Dąbrowska i Michał Komar. Niedawno wznowiona, piękna i mądra książka Michała Komara „Piekło Conrada” zasługuje na uwagę szczególną – to przenikliwy rozrachunek pisarza nie tylko z Conradem, ale również z całą duchową rzeczywistością XX wieku.

Także dla mnie Conrad miał znaczenie szczególne. Pierwszą książką, którą w stanie wojennym otrzymałem z biblioteki mokotowskiego więzienia na ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, był „Lord Jim”. Ta wspaniała powieść, czytana po raz kolejny, immunizowała duszę na chorobę więziennej depresji i na pokusę kapitulacji.

Zastanawiałem się nieraz: kim był ten niezwykły angielski pisarz? Dla mnie – inaczej niż dla moich angielskich przyjaciół – to anglojęzyczny polski romantyk wolny od mesjanizmu i ideologii. Dlatego – sądzę – Conrad wytyczył istotne drogi polskiej literatury. Myślę, że bez Conrada nie byłoby Słonimskiego i Lechonia, Miłosza i Herberta, Herlinga-Grudzińskiego, Szczepańskiego, Konwickiego i wielu innych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej