Psychologowie ustalili (a ich ustaleń, będąc otoczony psychologami, podważać się nie ośmielam), że ludzie dwujęzyczni – tacy naprawdę, od urodzenia, mówiący dwoma językami – są zdrowsi, dłużej żyją i są, co chyba najważniejsze, szczęśliwsi. Trochę trudno to osiągnąć komuś, kto się tego dowiedział, bo już nie da rady urodzić się powtórnie – ale rodzice niech się starają. W dobrych domach tak od dawna bywało, a i teraz żłobki anglojęzyczne zapewne znajdują lokatorów łatwo. Może te dzieci będą szczęśliwsze, co daj im dobry Boże. W każdym razie będą dłużej żyły, może po części i dlatego.

Dwujęzyczność później nabyta może nie ma takiego wpływu na nasze organizmy i, przynajmniej bezpośredniego, na dobrostan, ale życie ułatwia. Choć chęć zastępowania słów polskich angielskimi bez rzucającej się w oczy potrzeby – czy to z potrzeb korporacyjnych, czy z międzynarodowej wygody, czy ze snobizmu – wciąż spotyka krytyków i oponentów. W znacznej mierze spośród tych, którzy językiem obcym (to znaczy angielskim) słabiej się posługują. Pocieszają się oni zresztą, że to nie jest prawdziwy angielski... Niech się pocieszają.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej