Kiedyś cieszył się wśród rodaków niemal nabożnym szacunkiem jako przywódca partyzantki, która pokonała białych władców Rodezji, jak nazywało się Zimbabwe. Ale z każdym kolejnym rokiem u władzy miał coraz więcej wrogów... i coraz więcej pieniędzy.

– Na początku był purytański – mówi w książce Petera Godwina „Strach” przedstawiciel reformatorskiego skrzydła rządzącej partii ZANU-PF Simba Makoni. – Na wczesnym etapie nie tolerował chciwości, korupcji, niechlujstwa i niekompetencji. Po powrocie z podróży zagranicznej zwracał niewykorzystaną obcą walutę! Ale dzisiaj lubi chciwość i niekompetencję swoich ministrów, bo dzięki temu może ich kontrolować.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Dyktator obalony, następny za rogiem? [Po zamachu stanu w Zimbabwe]

Nie zawsze bajeczne majątki rażą

Szejkom z Zatoki Perskiej nikt do kieszeni nie zagląda – skoro ich kraje są zamożne, to nie ma powodu, by ich przywódcy byli biedni. Ale Zimbabwe ma PKB na poziomie Mali, Gruzji czy Albanii. Na głowę obywatela wychodzi 2 tys. dol. rocznie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej