Poznańskie Zawady. Sierpień, ostatnie dni wakacji. Jeden ze starszych chłopaków wyciąga skręta, częstuje 14-letnią Nikolę. – Uważajcie na nią, bo będzie dziś rzygała i robiła pod siebie – uprzedza, gdy Nikola już się słania na nogach.

W drodze do domu dziewczyna wymiotuje i traci przytomność. Pogotowie zabiera ją do szpitala. Diagnoza: ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie mózgu. Po ośmiu dniach Nikola umiera.

– Paliliśmy tylko marihuanę – przekonują znajomi. W organizmie Nikoli badanie wykazuje obecność THC, czyli tetrahydrokannabinolu, głównego składnika marihuany i haszyszu. Ale policjanci i lekarze nie mają wątpliwości: – Sama marihuana nie doprowadziłaby do tak ciężkiego stanu. Narkotyk mógł być zanieczyszczony lub dziewczyna wzięła coś jeszcze.

Śledztwo trwa. Najnowsze ustalenia: Nikola prawdopodobnie zażyła dopalacz w formie kryształków.

– Nikt nie wie, ile dokładnie osób zabiły w Polsce dopalacze – mówi Artur Malczewski z Krajowego Programu Przeciwdziałania Narkomanii. I dodaje: – Piotr Burda, krajowy konsultant w dziedzinie toksykologii, mówi o podejrzeniu 36 zgonów od 2013 r., z czego potwierdzonych było 9. Brak twardych danych wynika z prozaicznej przyczyny: lekarze wpisują w kartach zgonu tylko bezpośrednią przyczynę śmierci, np. niewydolność krążeniowo-oddechową. Jaka substancja za tym stała, można próbować ustalić podczas szczegółowych badań, jeśli zarządzi je prokurator.

Kontrolerzy NIK doliczyli się ponad 16 tys. zatruć dopalaczami od 2010 r. Ich leczenie pochłonęło ponad 13 mln zł. Ale skala problemu może być większa.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej